was successfully added to your cart.

Im bardziej jest coś mityczne, tym mniej możemy się temu krytycznie przyjrzeć. Tak jest z dzieciństwem. A mit szczęśliwego dzieciństwa szkodzi i byłym dzieciom, i potencjalnym lub rzeczywistym rodzicom.

Na początku kilka ważnych słów wyjaśnienia, o czym mówię mając na myśli mit, skąd ich moc i dlaczego tak samo, jak są one silne, tak są i niebezpieczne.

Mit – prosta historia funkcjonująca w danej kulturze, której celem jest w przekazanie pewnych wartości wartości lub wytłumaczenie pewnych zjawisk (definicja własna).

Moc mitu leży w jego:

  • prostocie (bohater i jego historia są dosyć schematyczne) i
  • alegoryczności (może się z nim utożsamiać wiele osób, bo dzieje się w innym wymiarze rzeczywistości lub zawiera elementy magii i cudów)

Największe niebezpieczeństwo mitu polega na tym, że:

  • w związku z jego bajkową oprawą tak samo łatwo się w niego wierzy, jak trudno zobaczyć schowane w nim założenia (mity z założenia posługują się inną logiką niż nasza codzienna, racjonalna, więc automatycznie wyłączamy przy nim nasz czujny umysł) oraz
  • im ważniejsze wartości przekazuje, tym trudniej spojrzeć na niego krytycznie (ryzykujemy wtedy oskarżenie o podważanie świętości).

Według mnie żyjemy w społeczeństwie, w którym jednym z mitów (czyli prawd, które traktujemy, jako oczywistości lub ideał, do którego mamy dążyć) jest mit szczęśliwego dzieciństwa – dzieciństwa, które jest czasem szczęścia i beztroski.

To jest jeden z bardziej niebezpiecznych mitów. A dlaczego – na to pytanie odpowiadam wskazując na przekonania, które mogą się w nas rodzić i które mają swoje źródła w tym domyślnym obrazie dzieciństwa.

Poniższe pisałam z duszą na ramieniu, bo mówiąc o micie, który uproszczenie ma wpisane w swoją naturę, niełatwo wpaść w jeszcze większą schematyczność. Ale postanowiłam podjąć to ryzyko – wierzę, że lepiej jest napisać lub powiedzieć coś narażając się na błąd, niż z lęku przed tym błędem pozwolić, by ważny temat nie był podejmowany i nadal wpływał na nasze życia bez możliwości podjęcia refleksji na jego temat z naszej strony.

Mit szczęśliwego dzieciństwa jest szkodliwy

Jak mit szczęśliwego dzieciństwa szkodzi byłym dzieciom

 

1. Moje dzieciństwo było najlepsze / najgorsze

Mity nie przyjmują ambiwalencji. Wróżki są dobre albo złe, jeśli królewicz ratuje księżniczkę, to jadąc do niej przez las na koniu na pewno nie zgniótł żadnej żaby – to źle by o nim świadczyło, a skoro królewicz ratuje to musi być dobry. Tak samo jest z mitem o naszym dzieciństwie – nie może być ono “wystarczająco dobre”, “punktowo trudne” lub “ciężkie, ale pamiętam wiele jasnych momentów”. Logika dziecięca nie jest wystarczająco rozwinięta, żeby te paradoksy unieść, a my, nawet już jako dorośli, często nadal nią posługujemy się, kiedy spoglądamy w przeszłość. Całkowicie czarna wizja dzieciństwa zabiera nam siłę, którą moglibyśmy czerpać do bardziej pozytywnego patrzenia na siebie i świat. Trudno podnieść głowę i mierzyć się z rzeczywistością, jeśli zaczynaliśmy w mroku. Tylko jasne dzieciństwo nie pozwala nam na poznanie naszej historii w pełni, a nieznana i nieuświadomiona historia lubi się powtarzać i jest zupełnie poza naszym wpływem. Ryzykujemy wtedy tym, że tym mrocznym, co było naszym udziałem (a o czym nie wiemy), będziemy utrudniać sobie i innym życie. Czasami bardzo utrudniać…

Twoje dzieciństwo miało i dobre, i złe chwile. 

 

2. Moi rodzice to najlepsi / najgorsi rodzice pod słońcem

Czarno-białe dzieciństwo zakłada czarno-białość głównych postaci. Albo kochali ponad życie i wszystko by dla nas zrobili, albo byli do szpiku kości źli, toksyczni, niszczący i ograbiający nas z tego, czego wtedy najbardziej potrzebowaliśmy – bezpieczeństwa i miłości. Tak to widzi mit. Rzeczywistość, prawdopodobnie, była bardziej zniuansowana – alkoholik, kiedy nie wpadał w ciąg, potrafił wziąć na ręce, a współuzależniona matka mogła dawać, jakkolwiek punktowo, ciepło i oparcie. I nie, to nie unieważnia Twojego cierpienia, nie umniejsza Twojego bólu wynikającego z braku stabilności i miłości, których potrzebowałaś wtedy jak wody. To jedynie uzupełnia obraz o te aspekty ich bycia człowiekiem, których nie dostrzegamy patrząc na nich tylko jak na rodziców. I dopóki, w związku z mitem szczęśliwego dzieciństwa, widzimy ich właśnie zerojedynkowo, to nie jesteśmy w stanie zobaczyć w nich ludzi. Są tylko wykonawcami, udolnymi bądź nie, mitu szczęśliwego dzieciństwa.

Twoim rodzicom trochę się udało i trochę nie udało być dobrym rodzicem. 

 

3. Co złego to wina rodziców / to moja wina

Czy do ciasta potrzebna jest tylko mąka? Nie. W jego skład wchodzą też drożdże, cukier, mleko, olej, może jakiś aromat, w wersji klasycznej jajka (można i bez, gdybyś chciała wegańsko). Mit zakłada pewien scenariusz, jeśli jest on niezrealizowany, to pewnie była to wina jakiegoś jednego czarnego charakteru: wiedźmy, wroga, zdrajcy. Możemy być nim my albo rodzice, bo w naszym micie przez długi czas nie ma innych bohaterów, innych składników. Jeśli nie urealnimy naszej perspektywy, nie porzucimy mitu na rzecz skomplikowanej rzeczywistości, w której jest np. ekonomia, historia, są rodzice rodziców, nasze przedszkolne a później szkolne otoczenie, to wtedy jesteśmy uwięzieni w mrokach absurdu, gdzie źli są ci, których najbardziej kochamy albo… źli jesteśmy my. Z takiej historii trudno wyjść całym / całą.

Były trudne momenty w Twoim dzieciństwie. One nie muszą być niczyją winą. 

 

4. Rodzina jest najważniejsza / rodzina to zło

Skoro oni byli tak cudowni i wspaniali, to ja też chcę być kimś takim. I nawet nie muszę się zastanawiać, im ta cudowność wychodziła tak naturalnie. To pewnie instynkt rodzicielski, pojawia się i człowiek wie”.

Moje dzieciństwo to piekło, za żadne skarby nikomu takiego doświadczenia nie zgotuję. Nie będę mieć dzieci, boję się, że będę taka sama, jak oni. / Właśnie w związku z tym, że moje dzieciństwo było tak straszne, chcę zbudować swoją rodzinę i zrobię wszystko, żeby nie być taka, jak moi rodzice”.

Pewnie sama wiesz, co się dzieje z tymi: “zawsze”, “wszędzie”, “nigdy”, “najgorzej”, “najlepsza”. Im bardziej wiemy, jak jest i jak chcemy lub nie chcemy, żeby było, tym mniej widzimy rzeczywistość, bo zbyt wiele jej elementów znajduje się poza tymi drobne szczelinami “naj”. Decyzja o budowaniu (lub nie) rodziny jest zbyt poważną decyzją, żeby opierać ją na jednym a supersilnym: “najbardziej na świecie chcę mieć dzieci” lub “za nic na świecie nie będę ich mieć”. Twoje dzieciństwo było jednym z miliardów, które się zadziały na tej ziemi. Czy nadal uważasz, że warto tylko na jego podstawie wyciągać wnioski na ten cały kosmos, którym jest doświadczenie dzieciństwa?

Bycie w rodzinie może przynosić i radość, i smutek, i gniew, i strach.

Jak mit szczęśliwego dzieciństwa szkodzi rodzicom

 

1. Tylko ja jestem odpowiedzialna/y za szczęście mojego dziecka

Jak zabezpieczyć wszystkie zagrożenia? Jak ustawić parametry wszystkich czynników, które mają wpływ? Skąd mogę wiedzieć, co mojemu dziecku da szczęście? Ile dawać i pozwalać, a ile prowadzić i regulować? Jak uchronić przed agresją rówieśników, jak sprawić, żeby byle niepowodzenie nie zamieniło się w tragedię na całe życie? Są ludzie, którzy nie decydują się na posiadanie dzieci w ogóle, bo skala tej odpowiedzialności jest dla nich zbyt przytłaczająca. Niektórzy może nawet by chcieli je mieć, ale z tej perspektywy wydaje im się to egoistyczną zachcianką i niefrasobliwością. Jeszcze inni chcą swoje dzieci chronić jak najdłużej i najlepiej mogą, w efekcie zabierając sobie życie (poprzez podporządkowanie ich głównie byciu matką / ojcem) i dojrzałość swoim dzieciom. Tak wiele mogłoby się zmienić, gdyby ten obraz uzupełnić o to, że nie szczęście potrzebne przede wszystkim a relacja, a jeśli mowa o szczęściu, to wystarczy  “wystarczające”. Ale mity niuansów nie obejmują, nie ma “żyli wystarczająco długo i odpowiednio szczęśliwie”.

Szczęście mojego dziecka zależy od wielu czynników, w tym takich, na które nie mam wpływu.

 

2. Moje dziecko musi być szczęśliwe

A im bardziej ono musi i im wyżej stawiam poprzeczkę definicji szczęścia, tym większą presję narzucam sobie i jemu. Dziecko nie może płakać, bo dzieci szczęśliwe nie płaczą. Ja nie mogę się na dziecko zezłościć (Uwaga! To nie oznacza wylewanie złości na dziecko, to oznacza odczucie złości w związku z jego zachowaniem), bo to będzie oznaczało, że jestem niekochającą matką, a takie nie wychowają szczęśliwego dziecka. Szczęśliwe dzieci mają ****, są ****, spędzają czas z **** na ****, koniecznie (nie) chodzą do kościoła, (nie) mają jasno określone zasady, (nie) muszą mieć oboje rodziców. Im bardziej dokładna wizja szczęśliwego dziecka i im większy przymus jej wdrożenia w życie, tym mniej w niej życia, a tym więcej… terroru.

Moje dziecko potrzebuje miłości i bezpieczeństwa.

 

3. Stan szczęścia mojego dziecka świadczy o mnie

I tu pojawia się dodatkowo komplikujący sprawę czynnik – opinia społeczna. Nie tylko ja mogę mieć wizje na temat tego, jak powinno wyglądać szczęśliwe dzieciństwo moich dzieci, taką wizję może mieć też społeczeństwo. Tym groźniejsze jest to w związku z tym, że szczęśliwe dzieciństwo implikuje konieczność pewnych zachowań rodzica (zwłaszcza matki). Ba! W pewnym momencie moje dziecko zaczyna być dorosłym. Jeśli społeczeństwo ocenia mnie przez pryzmat tego, jakie jest moje dziecko i jak ono realizuje swoje szczęście, ja mogę (świadomie lub nie) pewną wizję tego szczęścia mu narzucać, w imię mojego poczucia bezpieczeństwa i przynależności do tego społeczeństwa. I tu znów to samo: działanie w imię szczęścia prowadzi do terroru.

Moje dziecko ma prawo do szczęścia zgodnie z własną jego definicją.

Mit szczęśliwego dzieciństwa – pamiętajmy o tym, że to mit

 

Mogłam według wszystkich dookoła mieć “szczęśliwe” dzieciństwo, ale nie radzić sobie w dorosłym życiu. Mogłam doświadczyć traumy, ale jej bezpośrednia przyczyna nie musiała leżeć po stronie rodziców. Ta trauma mogła leżeć po stronie rodziców, ale nie musiała na mnie wpłynąć niszcząco na moje dorosłe życie.

 

Ten wpis miał jeden cel – pokazać niebezpieczeństwa płynące z mitu szczęśliwego dzieciństwa. Nie chcę tego mitu jednoznacznie niszczyć, on po coś powstał. Bardzo prawdopodobne, że powstał po to, żeby każdy, kto jest rodzicem miał ideał, do którego będzie dążył. A społeczeństwo poprzez jego powstanie chciało najpewniej zabezpieczyć przyszłym dzieciom jak najwięcej miłości i poczucia bezpieczeństwa. Obecność tego mitu powoduje też, że reagujemy, kiedy dzieciom dzieje się krzywda. I to jest cudowna jego moc.

Ale na poziomie praktycznym szczęśliwe dzieciństwo jest niemal niemożliwe (o tym, dlaczego – w kolejnym wpisie). To niedościgniony ideał, więc nasze porównywania swoich doświadczeń z nim i płynących z nich wniosków niosą ze sobą ryzyka. Ryzyka uogólnień i jednoznacznych ocen. Potrzebujemy mieć je na względzie, zwłaszcza, kiedy zamykamy etap dzieciństwa w imię stania się dorosłymi i kiedy chcemy dorośle, a nie z perspektywy zbuntowanego / cierpiącego dziecka, podjąć decyzje dotyczące ewentualnego rodzicielstwa.

Mity są jak latarnie, które mają nasze życie rozświetlać. Ale są wysoko ponad ziemią, na której toczy się życie.

Warto o tym pamiętać.

We wrześniu startuje mój kurs online “Dogadaj się ze sobą”. O tym, jak pracować ze swoimi emocjami i myślami. Ale pracę zaczniemy właśnie od tego, jak zająć się niezaadresowanymi uczuciami z dzieciństwa i ja zbudować w sobie rodzica takiego, jakiego nasze dziecko wewnętrzne potrzebuje. Chcesz otrzymywać informacje jako pierwsza?

Zapisz się na listę zainteresowanych
Ania Olesiewicz

Author Ania Olesiewicz

More posts by Ania Olesiewicz